Mój top

Mój top – „kiedyś kupię…”

Motocykliści dzielą się na dwie grupy. Jedna to ludzie, którzy mają jakąś wymarzoną maszynę i gdy ją kupią osiągają motocyklową nirwanę, jeżdżą swoją wybranką przez lata, i są w niej niezmiennie zakochani. Druga grupa, to ludzie, którzy szybko się nudzą i wciąż zmieniają swoje sprzęty. Ja chyba należę do tej drugiej. Moje namiętności często się zmieniają więc pewnie ta lista długo aktualna nie będzie, ale postanowiłem ją zrobić i może choć część z tego, co tu napiszę uda się zrealizować.

Gdyby iść na skróty, to najprościej byłoby wsadzić Top maszyn, które mnie najbardziej kręcą (który możecie przeczytać tutaj) ale umówmy się, to raczej lista mokrych snów i nieosiągalnych marzeń, a nie przyszłe plany zawartości garażu. Więc dziś podejdziemy ciut bardziej realnie do tematu. Będzie to więc top, który jest w moim zasięgu finansowym (to znaczy, każdy motocykl z osobna, a nie wszystkie naraz). Jeśli więc interesuje was co mnie obecnie kręci, to zapraszam do lektury.

 

Harley-Davidson 883R (Flatracker) 

Harley-Davidson 883R

Harley-Davidson 883R to sprzęt, o którym pisałem przy okazji kandydatów na youngtimery, możecie ten tekst przeczytać tutaj. Tymczasem, dlaczego kupiłbym tego, niepopularnego przecież, gada? Sportster to sprzęt, który dla fanów „czoperów”, „harlejów” wszelkiej maści, to biedny model dla dziewczyny prawdziwego twardego fana kit i innego rodzaju motocyklowego badziewia. Sporciaki mają jednak pokłady charakteru, który gardzi całym towarzystwem spod znaku „born to ride”. I bardzo kierwa dobrze! 883R to kwintesencja tego typoszeregu. Jest to – stosunkowo – nowoczesny motocykl, który jest możliwie najbliżej pierwowzoru. Do tego, to idealny materiał na flatrackera, które uwielbiam. No i argument ostateczny – Sportstery mają ogromny potencjał do przeróbek i to, co widzicie na zdjęciu powyżej mam zamiar umieścić kiedyś w swoim garażu.

 

Triumph Sprint ST 1050

2009-Triumph-SprintSTa

Mam ostatnio fazę na sportowe turystyki, a w dodatku lubię mało warte maszyny szanowanych marek. No i nie lubię silników trzycylindrowych. Więc idealną maszyną, którą kiedyś kupię będzie Triumph Sprint ST 1050. W ofercie brytyjskiego producenta gwiazdą był zawsze Speed Triple, ewentualnie kuriozalny Rocket III, albo sportowa Daytona 675. Fani neoklasyków oczywiście jarają się Bonnevillem i wszelkimi jego mutacjami. Sprint stoi w cieniu gwiazd. To jedna z jego największych zalet, bo ceny jakie trzeba wyłożyć za ten model nie porażają. Za niewiele otrzymujemy tu bardzo wiele. Kawał porządnej maszyny z charakterem, która nie boi się wizyty na torze, ani wycieczki ze Śląska nad na nasze piękne polskie morze. Czy trzeba czegoś więcej? Dla mnie nie trzeba. Niewielu też pamięta, ale ST 1050 był pierwszym z zupełnie nowej linii maszyn, która ukształtowała obecną ofertę Triumpha.

 

Ducati 999

Ducati_999R

Kolejny motocykl nie bedący pierwszym wyborem jeśli myśli się o tej marce. To chyba moje zboczenie, żeby wyszukiwać takie wynalazki. 999 (tak wiem, że na zdjęciu jest wersja R) to dziecko Pierra Terblanche, gościa który zaprojektował również pierwszą Multistradę. Terblanche to taki Chris Bangle, tylko w motocyklowym wydaniu. Kontrowersja stylistyczna była jego dewizą przez wiele lat, ale to chyba nie do końca o to chodziło. Tak samo jak Bangle, Terblanche schodził z utartych szlaków, by budować charakter swoich projektów od zera. 999 miał do zastąpienia genialne dzieło Massimo Tamburiniego – Ducati 916. Terblanche podjął się karkołomnego zadania, które musiało wywołać kontrowersje, bo gdyby stylista postawił na ewolucje, to spora część fanów stwierdziłaby, że jedyne co potrafi to wzorować się na legendarnym projekcie. Pierre poszedł więc po bandzie i rozgrzał środowisko do czerwoności. Jedni 999 przeklinali, inni uważali że jest nowatorskie. Po latach stylistyka już nie wzbudza takich emocji, a sam model wydaje się być obecnie w dołku cenowym, ale powolne zapędy na przyszłego klasyka zaczynają już być widoczne. Choć nie jestem fanem sportowych maszyn, to 999 chętnie widziałbym w garażu.

 

Yamaha V-Max 1200

Yamaha V-max

Do Yamahy V-Max przymierzam się od dawna, w zasadzie od początku swojej motocyklowej kariery, nawet raz chciałem jedną kupić. Niestety – a może stety – ubiegałem się wtedy o dotację u własnej rodzicielki na uzupełnienie budżetu. Problem polegał na tym, że moja mama czytała moje gazety motocyklowe i doskonale wiedziała, że V-Max to 145 konny skurczybyk bez podwozia. Zdawała sobie sprawę, że w rękach dwudziestolatka może to być wybitnie niebezpieczne narzędzie i zagroziła wycofaniem dotacji. Musiałem ulec i zakupić Inrudera. Po latach nie żałuje, bo i Intruz był bardzo przyjemnym konikiem, a chyba rzeczywiście wtedy V-Max mógł być dla mnie niebezpieczny. Dziś jednak jestem o ponad dekadę starszy, mam nadzieję ciut mądrzejszy, a i jest szansa, że posiadam większe umiejętności niespadania z motocyklowego siodełka. V-Max to takie lata 80. w pigułce. Zaawansowany silnik, gówniane podwozie i ciekawa stylistyka. Nie jest to też gabarytowo wielki jednoślad, a dla mnie to plus.

 

Buell Firebolt XB12R

Buell-FIREBOLT-XB12R-1

Buell Firebolt to maszyna, którą albo się kocha, albo nienawidzi. Ja sam nie wiem jaki miałbym do niej stosunek, ale wiem jedno. W kategorii najlepiej brzmiących jednośladów ma u mnie pierwsze miejsce od dobrych paru lat. W Buellu pociąga mnie łączenie sprzeczności. Przedpotopowy silniki ożeniony z nowoczesną ramą i bardzo agresywnym układem jezdnym. Kocham dziwactwa jakie zaaplikował mu Erick Buell. Zbiornik paliwa w ramie, zbiornik oleju w wahaczu, ogromna tarcza hamulcowa przytwierdzona do rantu felgi. Nawet rolka napinająca pas napędowy robi tu robotę. Firebolt podobno ma wiele irytujących wad, z fatalną charakterystyką silnika na czele, ale kto by się tam takimi pierdołami przejmował. Jest głupi, dziwny i bezsensowny. Chcę go!

 

BMW R1100 S 

bmw-r1100s

Dobra, wiem że czytając te wypociny możecie mieć wrażenie, że po prostu kopiuję teksty z cyklu „Gdy rodzą się youngtimiery…” no i trochę macie rację. 😛 Wracając do tematu. R1100 S był swego czasu najmocniejszym bokserem na rynku, do tego w krainie za Odrą odbywał się puchar firmowy tego modelu. R1100 S to taka niemiecka szkoła motocykla sportowego w nowoczesnym wydaniu. No i to mnie kręci. Dodatkową zaletą jest to, że nikt się nim nie interesuje, bo Sebixy wolą R1, a stateczni panowie bezwzględnie śmigają na GS-ach, bo to obecnie wyznacznik motocyklowej dojrzałości. Podsumujmy: przedpotopowa koncepcja, niezbyt popularny model do tego lekko dziwaczny wygląd. Bez wątpienia jest to maszyna dla mnie. Może mi się uda kupić jakiegoś zanim wszystkie zostaną przerobione na ulepy szumnie nazywane cafe racerami.

 

Moto Guzzi V11 Le Mans

Moto Guzzi V11 Le Mans

Skoro jesteśmy już przy sportowych roadsterach, to nie mogło zabraknąć oczywiście włoskiego Dniepra na Ohlinsie, czyli Moto Guzzi V11 Le Mans. Ta miłość trwa już wiele lat. Z tym, że przez ten okres przechodziła różne etapy. Nie zmienia to jednak faktu, że Gutek jest obecnie na szczycie listy do spółki z Buellem. Le Mans to bardzo rzadki widok na naszych drogach. Ludzie, którzy kupują Moto Guzzi nie robią tego raczej z przyczyn praktycznych. Tutaj jak nigdzie indziej rządzą emocje. Marketing Mandello del Lario wmawia nam, że jest to bezpośredni kontynuator idei pierwszego Le Mans, które to było sportowym sprzętem. Nie da się ukryć, że skala pokrewieństwa jest znaczna, ale oprócz papki sprzedawców mamy tu pierwszoligowe zawieszenie i hamulce. Gutek na pewno będzie mój.

 

Honda VFR 800

Honda-VFR800-98-7

Ostatnim z listy jest VFR 800. Jeśli patrzycie na sprzęty powyżej, to ta jest wybitnie nudna i pospolita. Zgadzam się. Jednak chcę mieć w swoim życiu chociaż jedną Hondę. U tego producenta można wybierać spośród wielu modeli, ale ja chcę coś co będzie Hondą w 110 procentach. Sporty odrzucam ponieważ nie jestem fanem upalania, potrzeba mi czegoś bardziej uniwersalnego. Nie ukrywam, że kręci mnie CBR 1100 Blackbird, ale jak dla mnie ma on za dużo mocy. VFR 800 za psie pieniądze daje nam technologię, która przez półtorej dekady ścigała się z wielkimi sukcesami. Dodatkowo mamy tu uniwersalność turystyka i pierwszorzędne wykonanie. Jeśli to nie miałaby być prawdziwa Honda, to ja nie wiem jak miałaby wyglądać prawdziwa Honda. Gdy będę oczekiwał doskonałości, to pomyślę o tym motocyklu.

 

KTM 990 Adventure

KTM_950_Adventure_and_990_Adventure

Nie mam bladego pojęcia o jeździe motocyklem w terenie. Nigdy nie kręciła mnie jazda po pustyni. W sumie to nawet nie mam potrzeby, by latać po całym świecie na moich dwóch kółkach. Po co mi więc hardkorowe turystyczne enduro? Bo mega zajebiście się prezentuje, wygląda jak rajdówka, która wczoraj wróciła z rajdu Dakar. Na tym sprzęcie wygląda się jak Cyril Despres nawet gdy tylko lecimy po bułki do Bierdonki. No i tu mógłbym skończyć opis tej maszyny, ale uważam że to będzie za mało. Zaryzykuję stwierdzenie, że pierwszy Adventure to obecnie już klasyk, chociaż metryka raczej na to nie wskazuje. Przedstawiciel gatunku, który żył bardzo krótko. Ostrego turystycznego enduro z rajdowymi genami. Teraz można zakończyć. Może jak go kupię to poczuję chęć wyjazdu na kołach do Tybetu czy innej Syberii.

 

Nie jest to pełna lista motocykli, które chętnie bym kiedyś kupił, ale wydaje mi się, że zawarłem tu wszystkie kontrasty, targające mną. Do Ducati mógłbym dodać Monstera S4R, do Moto Guzzi Californię Sport, ale jest to raczej bezcelowe bo lista ta nie miałaby końca, a przecież nie o to chodzi w tej zabawie.

 

PS. Zaznaczam, że jest to lista na dziś. Może się tak stać, że za tydzień zakocham się w Yamasze Drag Star i będę jej pożądał. Życie pisze różne scenariusze.

 

1 thought on “Mój top – „kiedyś kupię…”

  1. Vmax na pierwszy motocykl to faktycznie ciekawy pomysł. Ja tak zrobiłem mając te 20 parę lat. Na nim uczyłem się jeździć (stanowczo za wiele powiedziane, katorga to była raczej i nabrałem bardzo złych nawyków) i na nim…. zniechęciłem się do motocyklizmu. Teraz, kiedy po latach za namową żony wróciłem do 2 kółek zacząłem od czegoś również niezrównoważonego, ale jednak o wiele lepszego, czyli od Aprilii 1000 Tuono. I choć ten sprzęt jeździ o wiele lepiej niż Vmax, to jednak sentyment pozostaje i czasem przeglądam ogłoszenia, czy w okolicy nie trafi się vmax za rozsądną cenę. Koniecznie z v-boostem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: