youngtimerbike

Historia pisana jednym śladem. Od japońskiej rewolucji końca lat 60., aż po spektakularny wyścig zbrojeń w latach 90..

Zapach starego Ducati…

5 min read

Czy motocykl na zdjęciu jest piękny? Niekoniecznie. Czy bywa irytujący? Owszem. Czy swoje wady? Mnóstwo! Czy kupiłbym go jeszcze raz? Tak. W dzisiejszych czasach jednoślady ulegają smartfonizacji. Nie, nie chodzi mi o elektronikę, która wkrada się praktycznie wszędzie. Ja lubię jak za pomocą jednego przycisku, mogę sobie zmienić charakterystykę zawieszenia, a nie grzebać się ze śrubokrętem i mieć doktorat z fizyki, żeby ogarnąć o co w tych durnych śrubkach chodzi. Więc czymże jest ta smartfonizacja?

Ducati

Pamiętacie jak Apple zaprezentował pierwszego iPhone’a? W tamtym okresie toczyły się wojny pomiędzy „nokiarzami”, a „sony-ericssonowcami”, gdzieś tam z boku, byli wariaci od Siemensa i Motoroli. Początkowo iPhone nie wydawał się wcale jakiś przełomowy. Dziś rynek telefonów totalnie się przewartościował i wszystkie stały się smartfonami, a te są takie same. Owszem, różnią się parametrami, aparatami i wyświetlaczami, ale recepta na smartfon jest jedna, a jego forma i parametry zależą od tego ile chcemy wydać na niego pieniędzy. To samo dzieje się na rynku motocykli, a to zabija nam marki charakterystyczne.

Ducati

Ducati jest Harleyem-Davidsonem w świecie maszyn sportowych i nawet nie mam zamiaru na ten temat dyskutować. Obecna oferta włoskiej marki moim zdaniem robi robotę i naprawdę jest w czym wybierać, jednak dla ludzi kochających ten dawny flow, robi się tam szaro i smutno. Warto jednak zastanowić się nad tym, dlaczego Dukaty przez długi czas wypracowały sobie swoją własną niszę i w niej rządziły? Marka ta od lat 70., inwestowała całą swoją myśl technologiczną w sport i osiągi. Przez długi czas parametry włoskich l-twinów były słabsze od japońskich czwórek (dziś jest inaczej), ale ekipa z Borgio Panigale sięgnęła po rozrząd Desmo, który dawał im wiele w sporcie, ale mocy wciąż było za mało. Opracowywano więc sztywne kratownicowe ramy, które spisywały się bardzo dobrze i do czasu upowszechnienia się aluminiowych grzbietowych kręgosłupów, nie miały sobie równych. Przez całe lata 90. „krata” wciąż wygrywała w WSBK, chociaż teoretycznie miała więcej wad, niż zalet w stosunku do aluminium. Braki w kasie sprawiały jednak, że motocykle turystyczne opracowywano na bazie wyścigowych podzespołów. Firma musiała sprzedawać takie maszyny, by utrzymywać się na powierzchni.

Ducati

Dlatego każde, nawet najtańsze, Ducati miało w sobie wyścigowe DNA i nie był to marketing, a konieczność wynikająca z bardzo ograniczonych zasobów. Moje bezwartościowe Ducati jest tego idealnym przykładem. Mam ramę wywodzącą się z modelu 851/888. Przednia zawiecha i hamulce, są blisko spokrewnione z 916. Oczywiście żaden z tych elementów nie stał nawet przy wyścigówce WSBK. Silnik to zmodernizowana jednostka modelu Paso, a więc stary Desmodue z chłodzeniem wodnym. Wisienką na torcie jest suche sprzęgło. To jest Ducati w 110 procentach i to, nie bójmy się tego napisać, z najlepszych czasów tej marki. Dlaczego tak sądzę? Był to okres na krótko przed wejściem elektroniki do świata jednośladów. Analogowe maszyny osiągnęły wtedy najwyższy poziom: dobrze jeździły, nieźle hamowały i były już dopracowane.

ST2 przez wspomniane wcześniej cechy jest bardzo szorstki w obyciu. Klamka sprzęgła jest twarda jak kamień, do tego działa zero-jedynkowo, owszem można się do tego przyzwyczaić, ale w turystycznym motocyklu to nie jest zaleta. Sam silnik dusi się w mieście – również, nie ma jakiejś wielkiej tragedii, można latać i przeciskać się między samochodami, ale ten motocykl wyraźnie tego nie lubi. Silnik się grzeje, sprzęgło nie ułatwia zadania, a krnąbrny charakter silnika wymusza jazdę na wyższych obrotach. L-twin przykręcony jest na sztywno do bardzo sztywnej ramy, to generuje spore wibracje. Wszystkie te cechy maszyna ma dlatego, że jej producent dysponował bardzo ograniczonymi zasobami. Jedyną bezapelacyjną zaletą jest tutaj układ jezdny, który pod koniec lat 90. nie miał konkurencji w swojej klasie, a i kilka sportowych bolidów mogło się czerwienić z zazdrości.

No ok, mamy 2022 rok, Ducati ST2 kupicie za bezcen. Czy warto? To zależy. Ja ten sprzęt posiadam trzy sezony. Mam momenty gdy go nienawidzę, bo boli mnie ręka od sprzęgła, bo muszę się w mieście trochę nad nim pomęczyć, a lekko ponad 80 KM z butów nie wyrywa. Miałem okres, że chciałem go sprzedać. Dziś już mi przeszło. Nie, nie uważam tej maszyny za jeżdżący ideał, jeśli chcecie po prostu jeździć turystykiem, kupcie Hondę VFR. Z Ducatem trzeba się dogadać, porozumieć. Włoszka potrzebuje uwagi podczas jazdy, żeby dała się prowadzić jak gibka tancerka, jeśli jej tego nie dasz, to będzie twardo, głośno i nie obędzie się bez zgrzytów. To właśnie mnie w tym sprzęcie najbardziej kręci – jest wymagający, ale potrafi się odpłacić. Pewna archaiczność i szorstkość to nie jest to, co chcesz poczuć pocąc się w korku, ale gdy wieczorem ruszasz na podbój okolicznych dróg, to wysokie warunki stawiane przez nią, są wręcz podniecające. Ten czerwony sprzęt jest jak dziewczyna, której w sumie to nie lubisz, ale cholernie cię intryguje i wiesz, że możesz z nią przeżyć szalone chwile i tylko czekasz, by z nią spędzić trochę czasu. Kolejną sprawą jest spektrum dźwięków jakie ST-ek z siebie wydaje. Jest to maszyna, która ma najlepiej brzmiący airbox. Tak, ona śpiewa przy zamknięciu przepustnicy. W Suzuki to nawet nie wiedziałem, że jest jakiś airbox (no dobra, aż taki durny nie jestem, ale wiecie o co mi chodzi ;-)). Gdy pierwszy raz przymknąłem gaz w ST-ku, to przeszły mnie ciarki. Przechodzą za każdym razem do dziś.

Uwielbiam każde dziwactwo l-twina, który ma wiele wad, ale kręci mnie, że gdzieś tam pod owiewkami pracuje rozrząd Desmo. Czuję dreszcz, bo mam świadomość że ten silnik dotknięty jest ręką legendarnego Taglioniego. Suche sprzęgło jest ordynarne jak w starej wyścigówce, a zawieszenie wciąż jest świetne, choć ma już ponad 20 lat. Te małe smaczki i dziwactwa budują legendę Ducati i każdej marki charakterystycznej, bo ten motocykl jest jakiś… ludzki. Ma wiele wad ale to tylko wzbudza sympatię. Nie jest wytworem wielkiej korporacji, a prawdziwych pasjonatów. Tu właśnie mieszka jego dusza, w tym, że jest jakiś i nie jest to wytwór marketingu.

 

Dziś tego nie doświadczymy… bo dziś panuje smartfonizacja, ale czy to źle? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.